rowerowa.eu  >   II Górska Rowerowa Pielgrzymka z Rzeszowa do Dębowca

  • Dzień I

    Zbiórka przed pielgrzymką zaplanowana była na godzinę szóstą rano. Wydawać by się mogło, że wcześnie ale większość z nas nie mogła się doczekać wyjazdu i stawiła się punktualnie. O siódmej rozpoczęła się Eucharystia której przewodniczył ksiądz biskup Edward Białogłowski, z którym po Mszy św. zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Chwilę później, po ostatnich przygotowaniach, wyruszyliśmy w drogę. Do pierwszego skrzyżowania z założenia wszyscy poruszaliśmy się razem – my tzn. grupa górska, grupa szosowa oraz piesi pielgrzymi. Jednak już po paru metrach uczestnicy pieszej pielgrzymki chyba nie wytrzymali naszego tempa, zostali w tyle. Początek trasy wiódł wzdłuż Wisłoka. Przez Lisią Górę zmierzaliśmy do Boguchwały, skąd przez wiszący most nad Wisłokiem do Budziwoja. Tam, część z nas wyłamała się i zafundowała sobie podjazd do Przylasku drogą asfaltową. Na pierwszy rzut oka było to trochę dziwne, aczkolwiek można chyba wytłumaczyć to chęcią integracji z grupą szosową. W Przylasku mieliśmy dosyć długi odpoczynek, chwilę żeby się poznać. Jak zwykle było miło, ale w perspektywie przed nami była długa trasa – musieliśmy ruszać dalej. I tym razem zaraz po wyjeździe nie obyło się bez wypadku – Jurek "spotkał się z nawierzchnią" i złamał manetkę. Po jakimś czasie, nie bez przeszkód (Tomek złapał gumę), dotarliśmy na najwyższe wzniesienie Pogórza Dynowskiego – Patrię. W takim miejscu grzechem byłoby się nie zatrzymać, więc i tu zafundowaliśmy sobie dosyć długi postój. Z Patrii zjeżdżaliśmy obierając kierunek na Domaradz. Na tym odcinku posypała się połowa osprzętu w rowerze Jurka. Na szczęście mieliśmy ze sobą Patryka, który cudem reanimował bardzo zmęczone już części. Rower jednak nie nadawał się do jazdy w ciężkich warunkach – Jurek musiał przyłączyć się do grupy szosowej. Razem z Jurkiem pojechała część naszej ekipy i w końcu zostało nas siedmiu. Czekało na nas jeszcze trochę atrakcji, przede wszystkim błota, co widać na zdjęciach w galerii. Ok. osiemnastej dojechaliśmy do Willi Jezuitów w Orzechówce, gdzie czekała na nas smaczna kolacja. Później trzeba było tylko doprowadzić rowery do stanu używalności i można było odpoczywać przed dniem drugim.

  • Dzień II

    Kto rano wstaje w drugi dzień pielgrzymki – ten się nie wyśpi – ale może zobaczyć niesamowity wschód słońca. Naprawdę warto spędzić kilka chwil na tarasie.

    Wszystkie poranne punkty programu odbyły się zgodnie z planem – Eucharystia, śniadanie i ruszyliśmy w drogę. Po raz kolejny połowa grupy górskiej wykruszyła się i po raz kolejny pojechała szosą. Być może chcieli ominąć konkretny podjazd, który czekał już na pierwszych kilometrach. Wszyscy mieliśmy się spotkać koło sklepu w pewnej pięknej malowniczej miejscowości, której nazwy teraz sobie nie mogę przypomnieć. Czekaliśmy, czekaliśmy i się nie doczekaliśmy. Zapewne grupa szosowa pojechała dłuższą trasą. Tomek z Wojtkiem zostali na miejscu, a trzon grupy górskiej podążył dalej w kierunku doliny Wisłoka. Po drodze, wykorzystując zaproszenie sprzed roku, zaglądnęliśmy do zaprzyjaźnionego tubylca na jabłka. Nad Wisłok dotarliśmy nieco zmodyfikowaną trasą – szlak z pierwszej pielgrzymki gdzieś zabłądził (a raczej nam pomyliły się kierunki świata gdy byliśmy na szczycie góry). Nad wodą pozwoliliśmy sobie na dłuższy odpoczynek.

    Po dość długiej przerwie postanowiliśmy wyruszyć dalej, droga prowadziła wzdłuż rzeki i co chwile nasza ścieżka przecinała wodę. Były to miłe przejazdy gdyż w ciepły dzień chłodziły nasz temperament i nasze ciała. Niestety bliskość wody powodowała, iż było również dużo błota, które to Patryk z Rafałem niezwykle sobie upodobali. Jednak pod tym względem przewodził Rafał, który wjechał w kałużę, która wydawała się być płytka. Gdy się w niej zatrzymał, okazało się że woda sięga mu powyżej kolan i miał mały problem z wydostaniem się - błoto usilnie go trzymało. Po około 5 km błoto zanikło i wtedy wszyscy zabrali się do prowizorycznego mycia maszyn. Następnie nasza droga prowadziła łąkami, które zdawały się być pastwiskami, w pewnym miejscu natknęliśmy się nawet na wspaniałe ruiny wiatraku, lecz nie było czasu ich zbytnio podziwiać gdyż jeszcze troszkę drogi było przed nami a czasu coraz mniej. Tak więc zaatakowaliśmy jedną z górek, na którą prowadziła ścieżka, tam krótki postój by zregenerować siły i zjeść resztki czekolady, które nam pozostały. Rzut okiem na sąsiednie szczyty (piękny widok) i znów w drogę. Tym razem nieco lepiej bo w dół i to szutrowo-kamienistym zjazdem - sama radość, będąca po prawie całym dniu płaskich terenów naprawdę miłym urozmaiceniem. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i niedługo wjechaliśmy na asfalt prowadzący do Jaślisk. Tam już tylko krótka wspinaczka stromym podjazdem do miejsca noclegowego. Na miejscu czekała na nas obiadokolacja, na którą wszyscy po ciężkim dniu wręcz się rzucili. Po jedzeniu zabraliśmy się za dokładne mycie rowerów i opowiadanie o przeżyciach dnia już mijającego.

  • Dzień III

    Trzeci dzień był bardziej górzysty od poprzedniego. Rozpoczęliśmy go od szybkiego dojazdu asfaltem na którym okazało się, że Rafał ma skrzywiony łańcuch. Jak to się stało nikt nie potrafi powiedzieć ale fakt był faktem i musiał się wrócić do miejsca noclegowego i wymienić go (na szczęście miał ze sobą drugi). Reszta zaś ruszyła dalej. Gdy wjechaliśmy do rezerwatu przyrody okazało się, że Piotrkowi zaczął przeciekać Camel i trzeba było szybko rozlać wypływające zapasy wody między tych, którzy upili nieco z bidonów. Dalsza droga przedstawiała się następująco: pod górę. I w tym kierunku właśnie jechaliśmy. Droga była wspaniała, biegła przy granicy polsko – słowackiej gdzie dwa szlaki łączyły się ze sobą polski – niebieski i słowacki – czerwony. Głównym naszym szczytem tego dnia była góra Kamień, na którą to wyjechanie sprawiło nam nieco kłopotów, głównie dlatego iż droga miejscami była stroma i błotnisto-kamienista i tylko na rozsądnym przełożeniu i przy dobrej technice udawało się uniknąć licznych poślizgów. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwile przy cmentarzu walczących tam podczas Drugiej Wojny Światowej harcerzy, krótka modlitwa i dalej w górę. Lecz każda góra ma swój koniec, za którym rozpoczyna się zjazd – ten był dość szybki i wszystkim się podobał. W pewnym miejscu droga odbiła w jednak prawo (niebieski szlak) i nagle tak jakby ścieżka się kończyła, i krzaki zagęściły i z szerokiej ścieżki zrobiła się tak wąska że ledwo kierownice się mieściły. Bez przygód się nie obyło i podczas jednego zeskoku Marek (zwany przez niektórych Muchą) rozwalił dampera. Na szczęście, za pomocom nimbusa 6 i dużego kamienia można naprawić prawie wszystko (w jaki sposób? - do dziś nie wiem). Więc po krótkiej przerwie kontynuowaliśmy zjazd. Po dojechaniu na sam dół mieliśmy spotkać się z Rafałem lecz okazało się że po zmianie łańcucha wybrał się na Słowacje i miał się z nami spotkać dopiero w miejscu noclegowym. My zaś kontynuowaliśmy jazdę, niestety druga część niebieskiego szlaku byłą źle oznaczona i błądziliśmy dwie godziny zanim z powrotem go odnaleźliśmy. Potem zjazd dość karkołomną drogą, w paru miejscach trzeba było przenosić rower przez kilkumetrowe doły pełne błota. Z powodu błądzenia po górkach mieliśmy dużo czasu straconego i wyjechaliśmy na drogę na Barwinek dopiero o godzinie 15:00. Tam postój przy sklepie i decyzja, by do Kątów jechać żółtym szlakiem i ominąć jedną górkę, która była w planach a dojazd do niej zajął by trosze czasu (którego nie mieliśmy). Żółty szlak był dość łagodny w porównaniu do wcześniejszej części trasy, było również kilka przejazdów przez rzekę która go kilkukrotnie przecinała, poza tym troszkę kamieni i dużo szutru. Na końcowym podjeździe drogę przebiegło nam stado saren, które z zaskoczenia wybiegły z lasu. Wszyscy byli zafascynowani, lecz nikt niestety nie zdążył wyjąć aparatu by to uwiecznić. Po drodze jeden z bohaterów tego dnia, Marek, złapał dwie gumy i trzeba było robić krótkie przystanki. Szczęśliwie mieliśmy ze sobą duży zapas dętek. Po dojechaniu do gospodarstwa agroturystycznego, tuż u podnóża góry Grzywackiej, tradycyjnie obiadokolacja, mycie i smarowanie sprzętu. Pięć osób późnym już wieczorem postanowiło wyjechać na wspomnianą Grzywacką i mimo ciemności wjechali jak i zjechali z niej bezpiecznie. Po ich powrocie był wspólny apel, potem dzielenie się odczuciami z trasy i grill połączony z konsumpcją budyniu z 6 opakowań i 3 litrów mleka – "mniam". A potem niu niu, wszyscy zmęczeni wielce poszli spać. Pozostał jeszcze jeden dzień.

  • Dzień IV

    Przygotowania do drogi trwały nieco dłużej niż przewidywano - trudno się jednak dziwić, skoro większość uczestników myślami była jeszcze w łóżku. Na szczęście trasa zaczyna się od podjazdu na Grzywacką, a tam nie sposób jest się nie obudzić. Ze szczytu rozciąga się bardzo ciekawy widok, ale że na Mszę w Dębowcu spóźnić się nam nie wypadało, trzeba było się zbierać. Szybko pokonaliśmy zjazd zielonym szlakiem i od tego momentu, aż do samego Dębowca jechaliśmy asfaltem. Po drodze spotkaliśmy grupę szosowa, a przed samym Dębowcem pieszych pielgrzymów i razem dotarliśmy na uroczystą Mszę odpustową.

    Przed powrotem do domu udało się nam jeszcze skorzystać z gościnności gotujących dla księży saletynów kucharek, które przygotowały dla nas wyśmienity bigos. Do Rzeszowa udaliśmy się już we własnym zakresie. Niektórzy wybrali jazdę pociągiem, inni poprosili rodziców lub znajomych o transport samochodowy, a jeszcze inny przebyli drogę powrotną na rowerze.

Wspierają nas

  • panmaterac.pl
  • www.poslaniec.com
  • www.pielgrzymki.neT

Parafia Matki Boskiej Saletyńskiej w Rzeszowie
ul. Dąbrowskiego 71, 35-036 Rzeszów
www.lasalette.pl